Tragiczna historia szkockiej królowej została przeniesiona we współczesne realia, co okazało się zabiegiem trafionym. Pozwolił on wymierzyć kilka celnych „prztyczków” dzisiejszym politykom, owym politowania godnym „mężom stanu”, szczerzącym się do kamer w sztucznych uśmiechach w chwili podpisywania umów. Pozwolił też ukazać dylematy rządzących, zmuszonych do dźwigania odpowiedzialności za podejmowane decyzje, niepewnych swoich racji, próbujących zatuszować swój udział w sprawach, które mogą osłabić ich popularność. Zobaczyliśmy wreszcie na scenie – wypisz wymaluj – niejednego dzisiejszego lawiranta politycznego, gotowego zdradzić rzekomo wyznawane ideały, byle tylko przyłączyć się do orszaku obecnego zwycięzcy i mieć udział w okruchach z pańskiego stołu.

Gdyby reżyser poprzestał na tym, to w połączeniu z dobrą grą aktorską, sztuka mogłaby okazać się wartościowym wydarzeniem na skromnej mapie kulturalnej Torunia. Ale reżyser wyraźnie chciał pokazać coś więcej.
Toruński teatr postanowił najwyraźniej gonić światowe trendy i postawił na „goliznę”. Wiem, że aktorskie rzemiosło rządzi się swoimi prawami; to trudny zawód, wymagający niekiedy przełamania naturalnych barier wstydu. Wiem, że aktor lub aktorka muszą niekiedy obnażyć się przed publicznością, odsłaniając swoje wnętrze, a czasem też i ciało. Wiem też, że są takie sytuacje, które bez takiego obnażenia wypadną nienaturalnie, nieprawdziwie. Do dziś pamiętam „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego i główną bohaterkę zmuszoną do tego, by stanąć nago przed przesłuchującym ją ubekiem. Tam to nie raziło. Lepiej niż tysiąc słów tłumaczyło, że komunizm to system odzierający człowieka z jego godności.

Nikt natomiast mnie nie przekona, że taki zabieg miał jakikolwiek sens w toruńskim przedstawieniu. Czułem się zażenowany – i myślę, że nie tylko ja – patrząc, jak sceniczna Maria Stuart przez dobrych kilka minut stoi do połowy obnażona. Scena mogła też budzić opory natury estetycznej. Nie ulega też dla mnie wątpliwości, że tzw. „sceny miłosne”, zagrane w „Marii Stuart” w bardzo brutalny, odarty z intymności sposób, mogły wyglądać zupełnie inaczej. Stara, dobra szkoła ukazałaby je w taki sposób, że znacznie więcej pozostawiono by domyślności widza. Tu natomiast – zgodnie z duchem czasu – mieliśmy do czynienia z pokazem odruchów bardziej zwierzęcych niż ludzkich.
Zapewne nieprzypadkowo też w sztuce pojawił się – a jakże! – wątek homoseksualny. W ten sposób toruński teatr pokłonił się „nowoczesnym” trendom, które na Zachodzie stanowią standard, wręcz podobno jeden z mierników demokracji, natomiast w Polsce – dzięki Bogu – jeszcze nie. Tu po raz kolejny nasuwa się uwaga: po co „upiększać” przedstawienie tego typu „kwiatkami”, które niczego nie wnoszą do akcji ani nie potęgują wymowy sztuki? Czy tylko po to, żeby szokować? A może po to, aby stępiać wrażliwość, neutralizować naturalny sprzeciw zdrowego rozsądku?

Wreszcie zarzut najcięższy: profanacja symboli religijnych. W jednej ze scen ujrzeliśmy aktora obnażonego do pasa, grającego fanatycznego katolika papistę. Nie mam nic przeciwko ukazywaniu w sztuce katolickiego fanatyka. Jak wiemy, fanatycy zdarzają się wszędzie, a wiek XVI był pod tym względem dość „urodzajny”. Tyle tylko, że z poprzednich scen dobrze już było wiadomo, co sądzić o tej niezrównoważonej religijnie postaci, a widok symboli, kojarzących się z liturgią, z kultem, był w tym kontekście niczym plunięcie w twarz.

Tu nadchodzi moment, aby powiedzieć reżyserowi i wykonawcom zdecydowane nie! Jako katolik nie zgadzam się na to, aby w imię pseudowolności artystycznej wypowiedzi profanować symbole mojej wiary. Pytam: Dlaczego reżyser sobie na to pozwolił? Gdzie tu dobry smak? Gdzie szacunek dla cudzych (bo chyba nie dla własnych…) przekonań? Gdzie wyobraźnia?

Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby na aktorskiej piersi znalazła się Gwiazda Dawida lub muzułmański Półksiężyc. Już niejeden europejski artysta głośno „odszczekiwał” takie eksperymenty, które uraziły wyznawców judaizmu lub islamu. Dzisiaj tylko katolików można obrażać bezkarnie („znikoma szkodliwość społeczna czynu”, „czyn niewyczerpujący znamion przestępstwa”) i jeszcze liczyć na poklask.

Jaka nauka płynie z tej historii? Po pierwsze ta, że czas najwyższy, aby katolicy przestali milczeć, kiedy z rozmysłem depcze się to, w co wierzą. Po drugie, że… warto iść na toruńską wersję „Marii Stuart”. Poza refleksją nad odpowiedzialnością za sprawowanie władzy oferuje ona jeszcze jedną cenną rzecz: jest testem sprawdzającym, czy nie zatraciliśmy wrażliwości; czy potrafimy obronić w sobie poczucie wstydu w sferze ludzkiej intymności; czy zauważamy, że ktoś próbuje ośmieszyć to, co jest przedmiotem wiary; czy potrafimy zaprotestować – choćby tylko w duchu – przeciwko urażaniu naszych uczuć religijnych. Mam możliwość uczynienia tego w sposób publiczny, co niniejszym czynię.

Tomasz Strużanowski